Polskie kino przeżywa swój triumf: jest bardziej osobiste, odważne i brutalnie szczere. Nie udaje Zachodu, nie tłumaczy się światu. Mówi własnym głosem – czasem chropowatym, niewygodnym, ale prawdziwym. Kamera zagląda w intymność: relacje, wstyd, winę, chorobę, samotność.
W tym nurcie znakomicie wpisuje się film „Chcę więcej” – opowieść o emocjonalnym głodzie, który nie znajduje prostego ukojenia. To kino bliskie człowiekowi, pozbawione moralizowania i łatwych odpowiedzi. Bohaterowie są niejednoznaczni, czasem drażniący, ale dzięki temu autentyczni.
Julia Wieniawa w roli Hani pokazuje dojrzałość aktorską, która zaskakuje. Jej bohaterka jest impulsywna, rozdarta, czasem irytująca – i właśnie przez to prawdziwa. Wieniawa rezygnuje z upiększeń, gra ciszą, spojrzeniem i napięciem podskórnym, potwierdzając świadomy zwrot w stronę kina wymagającego i ryzykownego.
Maciej Musiałowski w roli Marcina tworzy idealne dopełnienie Hani. Jego postać balansuje między chłodną obserwacją a emocjonalnym zaangażowaniem, nadając relacjom w filmie naturalną, pulsującą autentycznością. Chemia między Julią a Maćkiem sprawia, że film zyskuje intensywny emocjonalny rytm – od napięcia po subtelne, intymne momenty.
To zestaw aktorów, który łączy młode twarze polskiego kina z doświadczonymi wykonawcami – Piotr Stramowski, Jan Frycz, Sebastian Dela, Przemysław Bluszcz czy Jarosław Boberek – tworząc nie tylko silną obsadę fabularną, ale przede wszystkim emocjonalną dynamikę całej historii. Każda postać wnosi inny ton i perspektywę, a interakcje między bohaterami sprawiają, że film jest żywy, autentyczny i poruszający.
Warstwa muzyczna, wzmocniona utworem „Zanim przyjdą po nas” Sariusa, pogłębia poczucie niepokoju i presji, które definiują świat filmu.
„Chcę więcej” to dowód na to, że współczesne polskie kino nie chce się podobać – chce być szczere, ryzykowne i prawdziwe.

